IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | .
 

 Hekatah Vrega Pugnattis

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Hekatah Pugnattis
avatar
Potomek smoka
Profesja : Zabójca
Liczba postów : 2

Doświadczenie : 5

PisanieTemat: Hekatah Vrega Pugnattis   Sob 14 Kwi - 13:48









Hekatah Vrega "Nikita" Pugnattis


Ogien i popiól nie spotkaja sie nigdy,
tak jak dzien wczorajszy nie zetknie sie z dzisiejszym.


Aktualne Dane

Wiek, Profesja I Zamieszkanie
Lat ma 39, choć wcale nie wygląda i od jakiegoś już czasu lubuje się w widoku krwi, wypływającej z przeciętych tętnic jej ofiar. Jest zabójcą, w ładnym opakowaniu, mieszkającym w dość niepozornym miejscu- budrelu, umiejscowionym w Głównym Królestwie.
Wzrost I Budowa Ciała
Filigranowa, smukła sylwetka, z delikatnie zarysowanymi mięśniami, widocznymi przy wysiłku. Nie jest zbyt wysoka, lecz do najniższych też nie należy. Budowa jej ciała często może zmylić. Kobiece kształty delikatnie odbijają się na szatach, niezbyt wyzywająco, acz uwodzicielsko- w końcu zawód zobowiązuje.
Kolor Oczu I Włosów
Oczy podobno są zwierciadłem duszy. Poznając ich głębie- poznajemy ich właściciela. Niełatwo jednak zrobić to w przypadku Hekatah, która pod zasłoną gęstych rzęs kryje zielonkawe, świecące intensywnie tafle wzburzonego morza. Włosy zaś pochłaniają blask zachodzącego słońca, zlewają się z kolorem chmur o wschodzie i idealnie maskują pośród jesiennych liści. Swą rudością przypominają sierść lisa, sięgają zaś nie dłużej niż do łopatek, rozpuszczone swobodnie.
Znaki Szczególne
Dziewczę całkiem wtapaijące się w tłum. Poza oczywiście intensywną ruością włosów, pełnym tajemnicy spojrzeniem i polem drobnych maczków na twarzy, nieco ciemniejszych, a zarazem bledszych niż włosy na głowie. Smukłe palce, pełne delikatności i subtelności wydają się być wprost stworzone do zadawania przyjemności. One potrafią jednak o wiele więcej. Tego się jednak nie domyślisz- nie w porę.
Destrukcja ogniem, Siła
40 ∥ 60



Usposobienie

Tutaj wpisz charakter postaci.


Minione Dzieje

Chłodna noc. Wiatr porywający ogromne krople deszczu, zasłaniającego widok. Na ulicach miasta zapadła cisza. Wszyscy mieszkańcy zrezygnowali z wyjścia z domu. Pogoda nie sprzyjała. Co jakiś czas tylko przeszedł ktoś pośpiesznie, zaciskając mocniej płaszcz, by nie zmarznąć za mocno. A biedna, mała dziewczynka, mająca kilka miesięcy. Może dwa, a może trzy, leżała owinięta w kocyk w jakiejś uliczce. Nie było jej widać. Jej cichy płacz, zagłuszany był przez szmer liści pobliskich drzew, oraz spadające na ziemie krople deszczu. Nikt, kto by nie szukał jej cichego szlochu, by go nie usłyszał. Poza jedną osobą. Młoda dziewczyna. Wychodziła właśnie, a raczej wypadła zza drzwi pobliskiego mieszkania. Za nią wyleciało kilka ubrań, które od razu przesiąkły wodą z kałuży. Po chwili można było usłyszeć dźwięk obijających się wielokrotnie monet o ścianę i podłoże oraz poburkiwanie niezadowolonego mężczyzny. Gdy drzwi tylko się zamknęły, a kłótnia tej dwójki ucichła, dziewczyna zaczęła zbierać zwoje rzeczy. Na końcu przeliczyła pieniądze, jakie wyleciały z rąk mężczyzny, po czym przeklęła siarczyście i zaczęła tłuc do drzwi, z których przed chwilą wyszła. Krzyczała, by oddał jej pieniądze, lecz ten tylko stanął przed nią wyraźnie wkurzony i uderzył ja na tyle mocno, by zachwiała się i upadła. Drzwi znów trzasnęły, a ona poczuła coś ruszającego się obok swojej ręki. Potem usłyszała płacz. Przesunęła się bliżej i dotknęła kocyka. Odsunęła jeden z jego rogów i zajrzała ostrożnie. Wtedy płacz ustał. Duże, lśniące od łez oczy spojrzały na kobietę. A ta zdziwiona cofnęła się lekko, przykładając dłoń do piersi. Rozejrzała się ostrożnie, szukając jakiegoś człowieka. Matki zaginionego dziecka. Ale na horyzoncie nie spostrzegła nikogo. Na psutej i zalanej mrokiem nocy była tylko ona i dziecina. Wzięła więc ją w ręce, przytuliła mocniej do piersi i ruszyła, kuląc się przed deszczem. Cała drogę zastanawiała się, co to za dziecko i skąd się wzięło. Któż mógł postąpić tak nieracjonalnie, tak głupio i brutalnie, by zostawić niemowlę na śmierć. Na końcu ciemnej uliczki, rzadko odwiedzanej przed porządnych ludzi dzielnicy. Z jakiego powodu, trzymana w ramionach i śpiąca słodko dziecina skazana została na taki los? Nie mogła jednak leżeć długo. Owszem, była przemoczona i kichała co chwilę, lecz nie miała gorączki, przynajmniej młoda dziewczyna jej nie wyczuła i żyła. A pogoda nie sprzyjała. Kurtyzana była bardzo uczuciowa. Bo tak, owa dziewczyna, która znalazła dziecko specjalizowała się właśnie w tym zawodzie. Mało szlachetne. Lecz czy miała inny wybór? Nie robiła tego z chciwości, czy dla własnej przyjemności. Robiła to, bo nie miała innego wyjścia.
Po kilkunastu minutach szybkiego marszu, otworzyły się duże, mosiężne drzwi. A w nich stanął wysoki mężczyzna, z poważna minął. ~Długo panienki nie było.~ rzucił tylko do niechcenia i odsunął się z wejścia, wpuszczając tym samym dziewczynę do środka. Ta ukłoniła się lekko z przepraszającym spojrzeniem i pospiesznie udała się do komnaty jej przełożonej. Dom był dość spory. Jeden z głównych w Głównym Królestwie. Zbierała się tu mieszanina wszystkich ras. Każdy z innego powodu. Zapukała delikatnie. Było już późno w nocy. Lecz tu nikt nie spał. Dziewczęta i chłopcy w przeróżnym wieku prowadzili głównie nocny tryb życia. Wtedy było najwięcej klientów i klientek. A i zlecenia rozmaite. Dziecko przy jej piersi, kołysane delikatnie było spokojne. Nie wydawało się być chore, lub niepełnosprawne- bo takie właśnie rozważania pojawiły się w głowie nierządnicy, by wytłumaczyć pobyt niemowlaka na ulicy. Porzuconego. Skazanego na rychłą śmierć. ~Miałaś szczęście, że Cię znalazłam~ szepnęła swym lekko piskliwym głosem. Po czym spojrzała na uchylające się z charakterystycznym skrzypieniem drzwi. Weszła do pomieszczenie, kłaniając się, z niepewną miną. Nie wiedziała jak przełożona zareaguje. Czy będzie na nią wściekła? Czy wyrzuci ją z Domu? Nie chciała tego. ~Co to jest?~ odezwała się szorstkim głosem, wskazując na zawinięte w koc niemowlę. Podeszła bliżej z opartymi na ogromnych biodrach rękoma i jej ostry jak zawsze wyraz twarzy momentalnie się zmienił. Złagodniał. Nie wyglądała już przerażająco i nie wzbudzała strachu, jak wcześniej. Spojrzała na Illinę, bo tak miała na imię dziewczyna, która znalazła małą Hekatah i wzięła małą na ręce. Zaczęła kołysać delikatnie, poprawiając przy okazji kocyk. W Domu było wiele dzieci. Co raz któraś z pracownic zachodziła w ciążę. Jedne poddawały się aborcji- inne rodziły. ~Skąd wzięłaś to dziecko?~

***


Ciepłe promienie porannego, letniego słońca przedzierały się przez zasłony komnaty. Raziły w zamknięte jeszcze oczy. Niezbyt duża, aczkolwiek smukła ręka zaczęła w ślepo poszukiwać jakiejś poduszki, którą można by zasłonić twarz. Lecz, gdy żadna nie stanęła na jej drodze, ich właścicielka otworzyła powieki, po czym zaraz się podniosła. Siedząc z podkulonymi nogami rozejrzała się po niewielkim pokoju. Zeskoczyła z łóżka i zasłoniła zasłony tak, by nie mogło przedrzeć się przez nie żadne niepożądane światło. Właśnie w tym samym momencie zza drzwi można było usłyszeć rozchodzący się po całym holu, oraz odbijający echem od ścian dźwięk, uderzających o drewnianą posadzkę butów na obcasie. Nie mogło być później niż przed siódmą. Letnie słońce zawsze dawało we znaki przez niedokładnie zapięte fałdy materiału o tej godzinie. Mała dziewczynka, bo mająca zaledwie sześć lat podeszła do małego lustereczka i spojrzała w nie. Nie uśmiechnęła się, nie zaczęła się czesać, ani upiększać. Po prostu w nie patrzyła.
Chwilę później delikatnie uchyliły się drzwi za jej plecami. Towarzyszyło temu głuche skrzypnięcie, tak dobrze znane jej uszom. Zza nich wychyliła się niska kobieta z dużymi krągłościami, oraz równie wielkim uśmiechem przyklejonym do twarzy, pełnej zmarszczek. ~Puk, puk Nikito, widzę, że już wstałaś, pora zejść na śniadanie. Załóż jakąś sukieneczkę, popraw warkocz i zejdź proszę.~ po czym drzwi zamknęły się, a odgłos kroków znów wypełnił pustą przestrzeń. Tutejsza guwernantka. Krasnoludka. Każdy ją tu lubił. Czasem pomagała podkraść z kuchni jakieś ciastka, lub dolewała mleka przed snem. A dzieci tu było sporo. W końcu w tym zawodzie nie trudno o zajście w ciążę. A rzadko kiedy decydowano się na aborcję. Tak więc wychowywano tu niechciane pociechy. Jednak wszystkie od Hekatah różniły się tym, że miały matki. A ona była sama. Dziewczyna, która ją znalazła jakoś nie bardzo się nią przejmowała. Nie na tyle, by mogła nazwać ją chociaż ciocią. Nie wspominając już o magicznym ‘mamo’. Potem zniknęła. Od tak po prostu. I dziewczynka jakoś nieszczególnie się tym przejęła, choć była to najbliższa jej osoba. Westchnęła cichutko, patrząc dalej w lusterko. Na korytarzu robiło się coraz głośniej. Słychać było tupot mniejszych i większych stópek. Bieg i popiskiwanie, pukanie do drzwi obok. W końcu i nadeszło pukanie do jej komnaty. Od razu na twarzy rudowłosej pojawił się uśmiech. ~Chwilę!~ krzyknęła i w pośpiechu zaczęła zakładać na siebie ubranie. Pierwsza lepsza, niezbyt ładna tunika. Jej włosy zostały nieładzie. Nigdy nie lubiła ich długich. A sięgały jej do pasa. Przygładziła grzywkę i wybiegła z pokoju do stojącego przed nimi chłopca. Razem zbiegli, popychając się i przekrzykując do Sali jadalnej, by razem zjeść śniadanie, które w połowie wylądowało w ich włosach. Chłopiec był niewiele od niej starszy. Niecałe dwa lata. Miał ciemne włosy, sięgające mu za łopatki, wiecznie rozczochrane. Trzymali się razem odkąd pamiętają. Byli nierozłączni, niemalże jak rodzeństwo. Po śniadaniu pobiegli się bawić. Jak zwykle. We dwójkę uczyli się czytać, pisać. On był elfem. Niesamowitej urody. Jednak Hekatah nie zwracała na to uwagi. Byli przyjaciółmi. I tylko to się liczyło. Innych w sumie nie mieli. Nie zwracali uwagi na przestrogi jego matki, która nie była zadowolona z tego, iż jej syn –Caellrod- zadaje się z dzieckiem niewiadomej krwi i pochodzenia. Bo jej rasa cały czas pozostawała tematem debat. Jedni mówili, iż była to zwyczajna ludzka dziewczyna, a inni, iż z całą pewnością jest to potomkini smoków. Nikt jednak nie był pewny. Jej uroda była dość nietypowa. Nikt nie uważał, iż jest ładna. Rudzielec, piegus. Na dodatek chuda chłopczyca. Za młodu była brzydkim kaczątkiem, które bardziej interesowało się bronią, niż sukniami. Koleżanek więc wielu nie miała. Tak samo i kolegów, którzy uważali ją za dziwadło. Poza tym jednym.

***


~Mówię Ci, ona nie jest człowiekiem. Ja to czuję. To jedna z nas!~ głos młodej Potomkini Smoków rozległ się między filarami. Ciemnowłosa zażarcie dyskutowała z guwernantką o pochodzeniu już piętnastoletniej Hekatah. Nastolatka wkrótce wkroczy w wiek, w którym będzie mogła wejść do branży, o ile nie zdecyduje się pójść w ślady Caellord’a i odejść. Miała jednak na to jeszcze kilka miesięcy. Dokładniej niecałe dziewięć. Szesnastolatki już zaczynały przyjmować swych pierwszych klientów. A zdarzały się i młodsze, lecz te nie należały do żadnego Domu Publicznego. A jeśli już, to były rzadkością.
~Zarzekam iż na pewno nie jest Potomkiem! Przecież skończyła już piętnaście lat, a runa wciąż nie pojawiła się na jej dłoni. Niemożliwe jest zatem, by należała do Twojej rasy, Mossty, wybacz mi.~ guwernantka poklepała ciemnowłosą po ramieniu, uśmiechając się pocieszająco. Mossty była bardzo przywiązana do swojej rasy. Jako jedyna z niewielu pokładała nadzieję w Hekatach i mówiła do niej tym właśnie imieniem. Bo reszta zwracała się do niej Nikita, jak nadano jej w Domu. Była jednak od niej sporo starsza. Jakieś dwadzieścia lat. Choć wyglądała nadal świetnie. W końcu dla jej rasy to niewiele.
Hekatah siedziała schowana pod schodami. Choć jej postawa była swobodna. Obracała w palcach scyzoryk i co raz wpatrywała się w znak na dłoni, który pojawił się dziś rano. Dość późno. Lecz ona i tak go nie chciała. Pragnęła, by to guwernantka, a nie Mossty miała rację. Bycie człowiekiem wydawało jej się prostsze. Może wtedy łatwiej byłoby jej odejść? Bo tego pragnęła. Jak najdroższy jej sercu przyjaciel Caellrod. Nie musiała by się jednak obawiać, że pośród jej rasy nie zostanie zaakceptowana. W końcu wychowywała się w całkiem innym środowisku. Ale nie miała czasu na zastanawianie się. Rozmowa zaczęła cichnąć, zagłuszana stukotem obcasów. Rudowłosa Westchnęła cicho, opierając głowę o ścianie, przymykając oczy. Znacznie wyładniała od czasów dzieciństwa. Przez te dwa lata, przez które nie widziała się z Ceallrod’em zmieniła się niemalże nie do poznania. Jej długie niegdyś włosy teraz sięgały ledwo do ramion. Postrzępione i nierówno ścięte. Ścięła je trzy dni wcześniej. Pewnego ranka, gdy nie mogła już znieść porannego czesania. Chwyciła za nuż i po prostu ścięła warkocz. Wywołało to falę niezadowolenia wśród opiekunek i dziewcząt, które rzekomo były jej koleżankami. Choć tak naprawdę przebywały z nią tylko z czystego obowiązku. Hekatach nie lubiła z nimi rozmawiać. Miały całkiem inny język. I nie chodziło wcale o rasę, lecz o pogląd na świat. One lubowały się w sukniach, strojnych fryzurach i biżuterii. A Nikita chodziła ubrana wygodnie. Często w spodniach, lub luźnych tunikach, które wcale nie podkreślały jej kształtów, które były dopiero w fazie rozwoju, a wręcz przez nie zanikały. A na szyi nosiła tylko medalionik, który podarował jej Caellrod, w dniu wyjazdu.
Jej smukła dłoń, która wcześniej zwisała luźno oparta na kolanie, powędrowała do szyi, by uścisnąć owy bardzo cenny przedmiot, dyndający między dekoltem. Lecz po chwili oderwała gwałtownie rękę i popatrzyła na ledwo widoczną runę. Zawiązała ją bandażem, wstała i ruszyła przed siebie ze spuszczoną głową.
Kilka godzin później, pomagała w kuchni, choć myślami ciągle była gdzie indziej, bo owy znak, który pojawił się na ręce ciągle nie dawał jej spokoju. Nie chciała by ktoś go zobaczył. Lecz czy on by kiedyś zniknął? Nie może do końca życia chodzić z bandażem, owiniętym wokół ręki. Byłoby to zbyt dziwne, nawet jak na nią. Choć może wkrótce by się przyzwyczaiła? Jednak myśli teraz stanowiły jej największy problem. Była totalnie rozkojarzona. Zbiła nawet jedną misę, a próbując sprzątnąć bałagan skaleczyła się. W rękę owiniętą szmatką. Którą tak bardzo próbowała ukryć. Krew kapała powoli na podłogę, tworząc rdzawą plamę. Wytarła ją szybko tuniką, owijając ciaśniej dłoń. Nie chciała żeby ktoś się tym zainteresował. Nie na tej ręce. Dokończyła sprzątanie, przepraszając kucharkę. Ta burknęła coś pod nosem i wróciła do szykowania obiadu. Wtedy do pomieszczenia weszła Mossty, uśmiechnęła się promiennie, jak to miała w zwyczaju, trzymając swoje dłonie splecione za plecami, oraz uginając lekko kolana.
~Chyba teraz moja kolej. Możesz zmykać.~ uśmiechnęła się i chwyciła fartuszek, wiszący na wieszaku. Popatrzyła na Hekatah, wciąż się uśmiechając. Jednak po chwili grymas na jej twarzy zbladł. Dziewczyna zorientowała się o co chodzi i spróbowała schować owiniętą rękę, z której powoli sączyła się krew. Rana nie była głęboka, lecz wciąż krwawiła. W końcu przecięła sobie skórę,
~Nie chowaj tej ręki, tylko mi ją pokaż. Raz!~ podbiegła, choć stała kilka kroków dalej. Hekatach zabrała gwałtownie dłoń, gdy Mossty chciała ją chwycić.
~To tylko brudne.~ rzuciła i próbowała się oddalić, lecz dziewczyna wykazała się niezłym refleksem i złapała ją za nadgarstek. Spowodowało to iż na piegowatej twarzy pojawił się grymas. Spróbowała wyrwać dłoń, lecz uścisk ciemnowłosej potomkini Smoków być dość mocny. Jej zawsze długie paznokcie wrzynały się delikatnie, aczkolwiek boleśnie w bladą skórę rąk dziewczyny.
~Nieprawda. Przestań się rzucać i mi to pokarz!~ stanowcza jak zwykle. Jednak przerażona Hekatah zaczęła bardziej się wyrywać. Pewnie wydaje się to dziwne. Jak mogła nie chcieć wyruszyć w podróż swojego życia i odnaleźć smoka? Wydawało się to co najmniej śmieszne. Ale ona czuła, że nie da rady. Choć była sprawna fizycznie. Umiała walczyć. To jednak bała się o coś innego. Wysokość? Być może. Nigdy nikomu o tym nie mówiła, ale bała się wysokości. Przerażało ją to. Choć wspinała się na drzewa nie raz. Skakała po dachach i wchodziła na drabiny. Wyglądała jakby była w swoim żywiole. Jednak wewnątrz bała się jak nigdy. Oderwała się od dziewczyny, przerażona faktem odkrycia jej małej tajemnicy. Serce omal nie wyskoczyło jej z piersi. Wpatrywała się ślepo w jeden punkt, ściskając mocno dłoń.
~Nie chcę, żeby ktokolwiek to oglądał.~ jej słowa brzmiały sucho i ostro. Nieprzyjemnie. Mossty podeszła do niej swym delikatnym krokiem i położyła dłoń na jej ramieniu, z zatroskaną miną. Hekatah odskoczyła jak oparzona. Nie była dziś sobą. Ten znak całkowicie zawładną jej umysłem. Nie mogła oderwać od niego myśli. A one krążyły, jak sępy, czekając na padlinę. Zjadały jej zdrowe zmysły. Mossty złapała za skrawek materiału, owiniętego wokół tajemnicy. Lecz zaraz go puściła, bo rudowłosa zamachnęła się ręką, by ta była jak najdalej od koleżanki. Wtedy materiał spadł na podłogę. Widocznie małe szarpnięcie wystarczyło, by poluzować supeł. Przerażona Nikita zacisnęła dłoń w pięść. Lecz w oczach ciemnowłosej już pojawiły się iskierki. Radość i podniecenie. Niemalże duma. Zasłoniła wierzchem dłoni usta, by nie zacząć entuzjastycznie krzyczeć.
~Proszę Cię, nie mów nikomu~ można było wyczuć w jej głosie desperacje. Jej oczy również zamieniły się w iskierki. Lecz nijak one miały się do tych, które dostrzec można było u Mossty.

***


Jak się okazało utrzymywanie runy w tajemnicy było trudniejsze, niż się mogło wydawać. Po kilku dniach wędrówki Hekatah zaczynała wątpić. Runa co raz to robiła się mocniejsza, lecz za chwilę gasła. Z tego co słyszała z opowieści innych Potomków, już powinna odnaleźć swojego smoka. Może to lęk hamował ją przed podążeniem dobrą ścieżką, może niechęć, a może los, który nie chciał, by i ona dołączyła do grona Potomków. Ale przecież się nie podda. Nie wróci bez niczego. Ta runa nie pojawiła się, mącąc jej w głowie, bez powodu.
Maszerowała jeszcze jakieś pół godziny, między skałami, uważając na każdy swój krok. Tereny z całą pewnością nie były bezpieczne. Ale nie po takich rzeczach się chadzało. Nie była jak większość typowych dziewczyn. Potrafiła dać sobie radę. Zawsze i wszędzie. Przynajmniej tak jej się wydawało. Popatrzyła na runę, która była słaba. Ledwo świeciła. Już opuszczała rękę, gdy nagle rozświetliła się jasno. Tak mocna jeszcze nie była. Niemalże raziła. Zwłaszcza teraz, gdy słońce zaszło za horyzont, a wokół zapadał mrok. Przeszła kilka kroków i jej oczom ukazał się ogromny smok. Młody, tak jak i ona. Był zdumiewający. Cofnęła się o krok, a on popatrzył na nią swymi wielkimi oczami. Lśniły w ciemności. Stała, oszołomiona potęgą i niesamowitością bijącą od tego majestatycznego stworzenia. Podeszła krok. Niepewnie, delikatnie. Nie wiedziała jak smok na nią zareaguje. Wyciągnęła ostrożnie, z lekkim wahaniem dłoń w jego stronę. Ku jej zdziwieniu i smoki się poruszył. Wyciągnął szyję ku niej i dał się dotknąć. Faktura jego … łusek była gładko- szorstka. Z ust dziewczyny wydobyło się jakby westchnięcie. Zachwyt na widok czegoś niesamowitego. Zaparło jej dech w piersiach. Na twarzy pojawił się uśmiech. Z początku lekki, delikatny, nieśmiały. Lecz z czasem przerodził się w śmiech. Czysty i szczery. Pełen głębokiej radości. Naprawdę się cieszyła. Popatrzyła gadowi w oczy, a on odwzajemnił spojrzenie. Kryła się w nim jakaś tajemnica, mądrość, której ona nigdy nie pojmie. Przynajmniej tak jej się wydawało. Podeszła krok bliżej. Smok wykonał gest, w którym jakby jej się pokłonił. Schylił nisko szyję i zgiął przednie łapy. Na początku nie wiedziała co to oznacza, lecz po chwili zrozumiała. Ma na niego wejść. Polecieć. Rozejrzała się dookoła. Nie wiedziała po co. Po prostu odczuła taką potrzebę. Podeszła niepewna, zlękniona i zaciskając mocno szczęki wskoczyła na grzbiet smoka. Wtedy właśnie poczuła tą więź. Między nią, a Nassem. Jej Szafirowym Smokiem. Nie wiedziała dlaczego, ale czuła, że to właśnie imię będzie dobre. Wyszeptała je cichutko, i zanim mrugnęła okiem była już wysoko nad ziemią. Trzymała się kurczowo, drgając lekko. Bała się. Lecz im dłużej leciała, tym strach był słabszy. Wydawał się taki nierealny. Błahy. Niepotrzebny. Na krótko potem zniknął. Całkowicie. Jakby nigdy nie istniał. Na jego miejsce pojawiło się uczucie wolności. A więź między nietypowym zwierzęciem, a Hekatah stała się silniejsza. Teraz wiedziała co to znaczy być Potomkiem Smoków.

***


Zapadał zmrok. Zwyczajny dzień, niczym nie wyróżniający się od pozostałych właśnie schylał się ku końcowi. Zachodzące słońce straciło na intensywności, a chmury powoli traciły barwę różu i fioletu. Niebo robiło się czarne, a jego fakturę pokrywały nieliczne, pojawiające się co chwila gwiazdy. Nikita- bo to imię przybrała na dzisiejszy wieczór- spojrzała na ścieżkę, którą przyszła, po czym odchyliła zmysłowo kopułę namiotu, wchodząc zgrabnie. Gdzieś nieopodal czaił się Nass. Był dziś wyjątkowo niespokojny. Jego ogon rozwalał wszystko, co mu się nie spodobało. Dość kapryśne stworzenie, lecz mimo to bardzo bliskie sercu dziewczyny. Najbliższe wręcz. W środku panował półmrok od palących się, rozstawionych bogato zapachowych świec. Na ziemi leżały koce i poduszki, a pośrodku nich niewielki stolik z dwoma kieliszkami i dzbanem wina oraz owocami. Zza wiszących na sznurku zasłon i fałd różnorakich materiałów wyszedł mężczyzna. W samych spodniach, ciasno opinających jego nogi. Nie miał koszuli. Na szyi wisiał mu tylko medalion, różniący się jednak bardzo od tego, który nosiła Hekatah, oraz który dziś wieczór spędził na jej niewielkiej toaletce w pokoju. Umięśniony tors mężczyzny pokrywały liczne blizny. Był przystojny. Jak niewielu jej klientów. Był blisko wkroczenia w średni wiek. Czyli był dojrzałym mężczyzną. Tak, dobrze się domyślacie. Została w Domu Publicznym. Sama nie wiedziała dlaczego. Aczkolwiek nie rozmyślała nad tym często. Zwłaszcza nie teraz. Uśmiechnęła się w zamian tajemniczo i zarazem kusząco. Ubrana była tylko w bieliznę, na którą zarzuconą miała wiązaną w pasie szatę z bardzo cienkiego i delikatnego materiału.
~Witaj. Jak mniemam jesteś na zlecenie.~ Mężczyzna uśmiechnął się lekko, lustrując wzrokiem twarz dziewczyny, a następnie resztę ciała. Z początku wydał się lekko zdziwiony, lecz za chwilę wrażenie to znikło. Chwyciła za skrawek wstążki, pociągając ją lekko. Węzeł od razu ustąpił, a jedna z płacht opadła wzdłuż jej talii, odsłaniając jedną stronę brzucha i nogi. Po chwili zbędny materiał w całości leżał u stóp Nikity. Włosy opadały jej falami na plecy. Sięgały do połowy talii. Starannie rozczesane. Twarz mężczyzny zmieniła lekko swój wyraz. Podobało mu się to. Czego innego można by się spodziewać? ~Jak Ci na imię?~ zapytał, lustrując wzrokiem każdy skrawek, poruszającego się w kocich ruchach, zbliżającego powoli do niego, ciała. Rudowłosa była coraz bliżej, a on stał nieruchomo. Gdy była zaledwie krok od niego, usiadł na stercie materacy i poduszek, wyciągając otwartą dłoń w kierunku prostytutki. Ona ją zignorowała. Pochyliła się nad nim, napierając końcami palców na jego tors, by znalazł się w pozycji leżącej.
~Nikita~- powiedziała, patrząc mu w oczy, a następnie zaczęła całować jego wyrazistą szczękę.
~Stój~ oderwał się od niej, z widocznym trudem, który próbował ukryć. Zdziwiło to trochę dziewczynę. Pewnie miał jakieś wygórowane wymagania. Zaprzestała więc wcześniejszej czynności i siadła obok niego, patrząc pytająco. ~Nie po to Cię tu wezwałem~ to wywołało nie lada zdziwienie na twarzy dziewczyny.
~Lecz za to zapłaciłeś.~ rzekła, wstając powoli. Innych usług nie udzielała. Już na pewno nie tolerowała zwierzania się ze swoich problemów. ~Reklamacji nie przyjmujemy.~ niektóre jej koleżanki po fachu często miały klientów, którzy płacili im spore sumki za samą spowiedź, czy wypłakanie się na ich ramieniu. Ona w to nigdy nie wchodziła. Choć czasem przysparzało jej to problemów. Niespełnieni klienci potrafili być niezwykle nieprzyjemni.
Dwudziestoczterolatka popatrzyła na mężczyznę niezbyt uprzejmym spojrzeniem, z którego zgasły iskry namiętności. Sztucznej oczywiście, bo prawdziwa w pracy nigdy się nie zdarzyła. Lecz jak się okazuje była niezłą aktorką. Jak większość panien z domu publicznego. Musiała jednak przyznać, iż zaciekawiło ją wezwanie. Nie chciał, by zaspokoiła jego żądze fizyczne. Nie wyglądał też na takiego, który chce się wyżalić. Czego więc chciał?
~Po co mnie wezwałeś? Z tego co wiem byłeś bardzo wybredny przy wyborze panienki na dzisiejszą noc.~ właśnie ten fakt intrygował ją najbardziej. Jakoś nie trzymało się to kupy. Może był seryjnym mordercą? Lepiej w takim razie niech uważa, bo jej smok czai się niedaleko i jest bardzo podenerwowany. Lecz nie powiedziała tego na głos. Spojrzała na niego, lekko marszcząc brwi. Podeszła do swojej szaty i nałożyła na siebie. Wbrew pozorom nie lubiła paradować na wpół nago przed mężczyznami.
~Widzisz, nie byłem to ja. Lecz posłuchaj mnie teraz bardzo uważnie. Usiądź.~ patrzył uważnie na reakcję dziewczyny. A ona nieco się tym zdziwiła. I zaniepokoiła. Przelotnym spojrzeniem zlustrowała najdokładniej jak mogła pokój, poszukując czegoś, czym mogłaby się w razie czego obronić. Lecz posłuchała rozmówcy. Usiadła obok niego, w odpowiedniej odległości. Spojrzała na jego twarz. Pogrążona była w głębokich cieniach, rzucanych przez przytłumione światło świec. Umiała się bić. Szybko biegała. No i miała taką zdolność, jak destrukcja ogniem. Była więc spokojna. W miarę możliwości oczywiście. Nie panikowała. Analizowała tylko sytuację w myślach, próbując skupić się też na mężczyźnie. ~Nie bój się mnie. Niczego Ci nie zrobię.~ popatrzył jej w oczy. Nie wyczuła złych zamiarów. Choć jej intuicja mogła zawodzić. Postanowiła jej jednak zaufać i pozwolić mu wyjaśnić. Nie odezwała się ani słowem. Czekała na dalszy przebieg wydarzeń. ~Mężczyzna, który Cię wezwał nie żyje. Z moich rąk.~ czekał na reakcję dziewczyny. Spodziewał się chyba pisku i płaczu. Lecz w Hekatah było wiele dziwnych rzeczy. Nie zareagowała. Wciąż patrzyła mu w oczy. Jego mięśnie wyraźnie się rozluźniły. Zadowoliła go jej reakcja. Nalał wina do kielichów, podając jej jeden, a samemu upijając spory łyk z drugiego. Dziewczyna nie tknęła trunku. Nie lubiła alkoholu. Nigdy go nie piła. Przyłożyła tylko fakturę naczynia do ust, przechylając je lekko, aby wyglądało, jakby chociaż spróbowała. ~Nie boisz się. To dobrze. Bo widzisz. Jestem zabójcą. Szkoliłem się na to od dwudziestego roku życia. Mężczyzna, do którego miałaś przyjść był moim zleceniem. ~ wszystko stało się jasne. Odstawiła kielich.
~Nic nie powiem. Masz moje słowo. Czy tyle chciałeś?~ powiedziała, wstając powoli. Ona danego słowa dotrzymuje zawsze. Choćby miała przejść największe katusze i tortury. Nie była też zaskoczona faktem, iż mężczyzna okazał się być zabójcą. To jego świat. Jego życie. Ona ma swoje. Ich zawody były na równi nieszlachetne. On nie osądzał jej, więc ona nie będzie robić tego wobec niego.
~Jest coś jeszcze. Chciałem zaoferować Ci szkolenie. Na zabójcę. Dzięki swojemu zawodowi masz idealne predyspozycje.~- uniosła brew, zdziwiona. Tego się nie spodziewała. Podeszła bliżej zabójcy, kucając przed nim. Przechyliła lekko głowę i zmarszczyła brwi.
~Czy gdyby weszła tu inna dziwka, jej też byś zaoferował taką pracę?~ zapytała, nie odrywając wzroku od jego oczu. Cóż, może nie byłaby to każda. Większość pewnie skończyłaby tak, jak oczekiwał. Czyli płacząc i histeryzując. Ale czy to czyniło Hekatah wyjątkową? Zapewne nie. Dlatego chciała odpowiedzi.
~Oczywiście, że nie. Nic nie dzieje się przypadkiem.~ chwycił ją za podbródek, odwzajemniając spojrzenie. Patrzyli tak na siebie przez jakiś czas. Dziewczyna zastanawiała się nad propozycją, jaka właśnie padła.
~Wchodzę w to.~ powiedziała, wstając powoli i odchodząc kilka korków. ~Lecz jeśli kłamiesz będziesz pierwszą osobą, jaką zabiję~ rzekła, odwracając się do niego plecami. Gdy była przy wyjściu, trzymając już w ręku kotarę, gotową do odsłonięcia i wpuszczenia do namiotu nocnego powietrza, mężczyzna powiedział jej gdzie i kiedy mają się spotkać, by rozpocząć szkolenie. Kiwnęła głową. Raz. Na znak, iż przyjęła.

***


Przez kolejnych pięć lat każdego pojedynczego dnia Hekatah spędziła na szkoleniu siebie. Pomagał jej w tym oczywiście tajemniczy mężczyzna z namiotu. Był czymś na kształt jej mentora. Jeśli znacznie uprościmy ich relację. Bo bywało i tak, że był jej bratem lub ojcem. W zależności od sytuacji. Pewnego dnia, gdy stwierdził, że jest już gotowa dał jej własne zlecenie. Pierwsze w jej karierze. Nie przyszło to tak łatwo, jakby się spodziewała. Oczywiście zabić miała jednego z klientów. Wyjątkowo obleśnych. Była precyzyjna. Bardzo sumienna. Gdy było już po wszystkim – nie było śladu zbrodni. Zrobiła wszystko, czego została nauczona, plus, dodała kilka własnych rzeczy. Stawiała na kreatywność. Jednak przez pierwsze dni po dokonaniu zamachu na ludzkie życie, a nawet odebranie go z premedytacją, jako sposób na zarobienie, namąciło jej trochę w głowie. Była wrażliwsza na wszystko dookoła. Każdy jeden najmniejszy bodziec wydawał jej się być ogromny. Czuła się obserwowana. W spojrzeniach innych ludzi widziała obwinianie. Jakby widzieli, iż ona zabiła. Choć nie mieli pojęcia, że w ogóle ktoś zginął. Z czasem jednak uczucie minęło. Jej stan psychiczny wrócił do normy. Nikt też nie zauważył większej zmiany. Tylko ona sama. Zwalczyła swoje zmory samodzielnie i stanęła na nogi. Odmieniona.
Kolejne zabójstwa przychodziły jej coraz łatwiej. Niektóre wykonywała z uśmiechem na ustach. Pokochała ten dreszczyk adrenaliny. Czuła, iż życie wyznaczonej osoby jest w jej rękach. Była kostuchą. Śmiercią. W pewien sposób. A przynajmniej jej pośrednikiem. Po latach oddaliła się od swojego mentora. Każdy poszedł w swoją drogę. On odszedł w nieznane jej strony. Ona- została w Domu Publicznym, pod przykrywką nierządnicy, którą z resztą na pół etatu była. Ogień, którym po części władała był jej niesamowicie przydatny. Czuła jego moc. Czuła krew, która płynęła w jej żyłach. Palącą i gęstą.
Wszystkie te wydarzenia ją zmieniły. Wzmocniły. Dla wielu jest tylko prostytutką. Nic nie wartym przedmiotem, który zaspokoi najdziksze żądze. Lecz dla innych była zabójcą. Bo mogła się już tak nazwać. Mino, iż na początku tej kariery przychodziło jej to z trudem. Dziś nosi ten tytuł z honorem. Jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało.


Inne Informacje

♣ Prawdziwa data jej urodzenia jest nieznana. Sama sobie ją wybrała, uwzględniając przyjęty wiek, w jakim ją odnaleziono.
♣ Nie obchodzi urodzin.
♣ W pracy używa innego imienia, które nadano jej w Domu Publicznym- Nikita. Oficjalnie również wybrała sobie inne- Hekatah Vrega i z nich korzysta.
♣ Zanim pierwszy raz poleciała na swoim smoku miała straszliwy lęk wysokości.
♣ Na początku nie chciała być Potomkiem Smoka oraz wybrać się w Góry po swojego towarzysza. Ukrywała przed wszystkimi runę, która pojawiła się na jej dłoni.
♣ Chciałaby odnaleźć starego i jedynego przyjaciela- Caellroda.
♣ Jej Szafirowy Smok ma na imię Nass. Nie wie skąd wzięło się to imię, lecz wydawało jej się odpowiednie.
♣ Zawsze nosi przy sobie broń.
♣ Na szyi wciąż ma medalion, który otrzymała od dawnego przyjaciela.
♣ Bardzo mało sypia.
♣ Nie lubi intensywnego światła.
♣ Za to kocha świece. Zapachowe, czy też nie. Ogień jest czymś, co pokochała równie mocno, jak swojego Smoka.
♣ Kadzidła też uwielbia. W jej sypialni zawsze jakieś się tlą.
♣ Nie lubi nosić zbyt długich włosów. Sięgają mniej więcej do łopatek i taka długość jej odpowiada.
♣ Uwielbia mleko i pije je bardzo często.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 

Hekatah Vrega Pugnattis

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Elion  ::  « Postacie » :: Potomkowie Smoków-